
„444”, czyli polski Dan Brown w oparach historii i prochu
Po lekturze najnowszego hitu Macieja Siembiedy – „Gołoborze” – poczułem, że to najwyższy czas, by odrobić lekcje i wrócić do korzeni. Padło na serię z Jakubem Kanią, prokuratorem IPN, od którego wszystko się zaczęło.
Trzeba przyznać, że autor długo kazał nam czekać na swój debiut. Zanim wszedł w beletrystykę, przez trzy dekady uprawiał dziennikarstwo śledcze najwyższej próby. Za swoje reportaże historyczne zgarnął aż trzy „polskie Pulitzery” (nagrody SDP), a przy okazji szefował takim tytułom jak „Nowa Trybuna Opolska” czy „Dziennik Bałtycki”. Tajemnicy „Chrztu Warneńczyka” poświęcił kilkanaście lat badań. Efekt? Powieść „444”, w której prawda historyczna tak mocno splotła się z fikcją, że nawet autor pewnie czasem musi zerkać do notatek, co jest czym.
O co tu właściwie chodzi?
Zaczyna się od listu. Dziennikarz Paweł Włodarczyk uderza do IPN w sprawie zaginionego obrazu Jana Matejki. Początkowo sprawa trafia „pod biurko” – no bo umówmy się, IPN to nie biuro rzeczy znalezionych ani dom aukcyjny. Jednak kierownictwo instytutu, zaliczając wcześniej spektakularny blamaż przy ekshumacji oddziału AK (który, jak się okazało, nie istniał), pilnie potrzebuje sukcesu wizerunkowego.
Sprawa obrazu wraca więc na tapet i ląduje na biurku prokuratora Jakuba Kani. Pech chce, że dziennikarz ginie w nieszczęśliwym wypadku w drodze na spotkanie z prokuratorem. Dla góry w IPN to idealny pretekst, by zamknąć temat, ale Kania – jak to Kania – czuje pismo nosem. Postanawia kontynuować śledztwo, zwłaszcza że obraz zdaje się mieć krwawą historię. Przed Włodarczykiem na jego punkcie obsesję miał Kazimierz Karewicz, peerelowski prokurator, który również skończył marnie.
Proroctwo, arby i skoki w czasie
Powieść operuje na kilku planach czasowych i, wierzcie mi, pędzimy tu na złamanie karku. Autor przerzuca nas ze współczesności w wieki X, XV, XIX, a nawet... XXIV! Każda epoka to kolejny element układanki, której sercem jest obraz i tajemnicze proroctwo arby. Według islamskiej przepowiedni, co 444 lata czterech wybrańców dostaje szansę na pojednanie islamu z chrześcijaństwem. Jednym z nich był polski król, Władysław Warneńczyk. Udało mu się – tyle że pokój trwał zaledwie trzy dni, zanim zerwano go w Segedynie.
Śledztwo Kani wiedzie przez podejrzane wypadki w górach i centrum Warszawy, ukryte leśniczówki i tajemnicze wyspy (swoją drogą, to okolice moich rodzinnych stron!). W wielowątkowym finale docieramy do „Chrztu Warneńczyka”, ale pytanie o sens przepowiedni pozostaje otwarte. Czy pojednanie tych dwóch światów w ogóle jest możliwe?
Moje wrażenia – 15 lat researchu czuć w każdym zdaniu
Przyznam szczerze: czytałem tę książkę po raz drugi. O ile główne wątki pamiętałem, o tyle detale zdążyły mi wyparować z głowy. Już lata temu oceniłem ją bardzo wysoko, widząc w niej dorosłą wersję przygód „Pana Samochodzika”, które uwielbiałem w dzieciństwie. Historia zaginionego obrazu brzmi fantastycznie, ale stoi na solidnych, historycznych fundamentach. Jak zawsze u Siembiedy – lektura posłowia to mus, bo tam autor czarno na białym oddziela fakty od literackiej fantazji.
„444” trudno wrzucić do jednej szuflady i chyba nie warto tego robić. To kryminał, powieść przygodowa i solidna lekcja historii w jednym. To, co uderza najbardziej, to sposób, w jaki Siembieda pokazuje dzieje: przez pryzmat jednostek. Poznajemy arabską księżniczkę, Matejkę, Warneńczyka czy przywódców bractwa Bokira. Autor wyciąga na światło dzienne „przykurzone” ciekawostki – jak choćby tę, że Warneńczyk wcale nie musiał zginąć pod Warną.
Jakub Kania to bohater, którego nie da się nie lubić. Choć porównania do Dana Browna i „Kodu Leonarda da Vinci” nasuwają się same (tajemny kod w obrazie, globalny spisek, samotny sprawiedliwy), Siembieda ma nad Brownem jedną, zasadniczą przewagę: autentyczną miłość do historii, szacunek do faktów i brak amerykańskiej łopatologii.
Podsumowanie – historię piszą zwycięzcy (i Siembieda)
„Historię tworzą nie jej uczestnicy, ale ci, którzy ją piszą. Nie ma bardziej zakłamanej nauki” – ten cytat z powieści to klucz do zrozumienia całego projektu Siembiedy. „444” udowadnia, że za oficjalnymi wersjami zdarzeń kryją się inne, bardziej prawdziwe (i krwawe) opowieści.
Kiedy w 2010 roku Siembieda zaczynał pisać tę książkę, obraz Matejki naprawdę uchodził za zaginiony. Tymczasem od lat leżał w depozycie Muzeum Narodowego. W ścisłej tajemnicy. Do dziś nie wiadomo, kto go tam oddał. Fikcja? Fakty? Kto wie...
Polecam gorąco – i ten tom, i całą serię. Najlepiej z mapą Europy pod ręką i otwartą Wikipedią na haśle „bitwa pod Warną”.
Ocena: 8/10 ⭐

W cyklu "Ostatnio przeczytałem" chciałbym się dzielić z wami refleksjami na temat przeczytanych (lub odsłuchanych) książek. Kryminały i powieści sensacyjne są mi zdecydowanie najbliższe, ale często sięgam po political-fiction albo książki dokumentalne, biogramy czy wspomnienia.